Jeżeli kazali chińskim sportowcom coś brać, to brali. Tak są wychowani, a w tym kraju jest jak w wojsku. Tu sportowiec nie ma zbyt wiele do powiedzenia – wyjasnia dla „Przeglądu Sportowego” Lucjan Błaszczyk.
Przyjeżdża pan do Chin od lat. Czy Pekin podczas igrzysk pana zaskoczył?
Miasto się zmieniło na czas olimpiady. Pozamykano wiele miejsc, jeszcze więcej ogrodzono. Na co dzień jest inaczej, a teraz oglądamy Pekin w ładnym makijażu. Ci, którzy przyjechali tu po raz pierwszy na pewno zabiorą do domu inny niż prawdziwy obraz Chin. To co jest teraz to pokazówka.
Odkąd Pekinowi przyznano igrzyska wszyscy mówili, że gospodarze będą rządzić na sportowych arenach. Ale chyba nikt się nie spodziewał, że aż tak.
Ogromne nakłady, masa trenerów i mentalność. To im pomaga w wygrywaniu. Poza tym, są bardzo ambitni i cierpliwi. Mogą trenować godzinami. My, Europejczycy raczej nie. Pamiętajmy, że to wciąż ustrój półsocjalistyczny. Tutaj władza ciągle może dużo nakazać.
Może kazać wygrywać?
Nie. Ale może zmusić do cięższej pracy i większego wysiłku. Oni są w stanie poświęcić całe swoje życie dla jednego celu. Poza tym mają nieograniczony budżet i dostęp do wszystkiego. W Chinach jest 50 tysięcy trenerów tenisa stołowego, a w Polsce można ich policzyć na palcach jednej ręki. W półfinale kategorii superciężkiej w boksie jest Chińczyk, a przecież jeszcze niedawno ta dyscyplina była tu zakazana! Albo te Chinki, które pokonały między innymi naszą Otylię na basenie. Inna sprawa, że słyszałem tutaj już takie głosy, że jest wielu zawodników „zrobionych” tylko na te igrzyska i nigdy więcej już się nie pokażą. Ale dopóki nikogo nie złapali, to znaczy, że są czyści.
Naprawdę wierzy pan, że oni są czyści?
Jeżeli kazali im coś brać, to brali. Tak są wychowani, a w tym kraju jest jak w wojsku. Tu sportowiec nie ma zbyt wiele do powiedzenia.
Rozmawiał w Pekinie Kamil Wolnicki (Przegląd Sportowy)