Dziennik Rzeczpospolita opublikował krótki, ale bardzo ciekawy wywiad z Lucjanem Błaszczykiem. Błaszczyk podkreśla, że w Polsce są potrzebne zmiany, żeby przywrócić dawną świetlność tenisa stołowego w naszym kraju.
Dlatego Chińczycy są nieosiągalni dla innych?
Oni mają fantastyczną generację wyjątkowo zdolnych zawodników i wspaniałych trenerów. Liu Guoliang i Kong Linghui walczyli o złote medale jeszcze w Sydney. Razem tworzą grupę, która znalazła patent na wygrywanie. Mają system, którego, gdzie indziej nie ma. Takich pieniędzy też nie ma nikt na świecie.
Trzynaście lat temu, podczas mistrzostw świata w Tjanjin był pan w ósemce. Teraz twierdzi pan, że Chińczycy są nieosiągalni. Co się zmieniło?
Ludzie. Kiedyś cudowną generację mieli Szwedzi na czele z Waldnerem, Perssonem, Appelgrenem i Lindhem, u nas byli Grubba i Kucharski. A tamci Chińczycy nie mieli tyle talentu co teraz Wang Liqin, Ma Lin czy Wang Hao. Dlatego przegrywali.
Który z tej trójki jest najlepszy?
Myślę, że Wang Hao, ale prawdę mówiąc każdy ma asa w rękawie. U Ma Lina tym asem jest serwis, Wang Hao ma fenomenalny bekhend i równie dobry forhend, a Wang Liqin do niesamowitego forhendu dodaje chłodną głowę w najtrudniejszych sytuacjach. Dlatego jako jedyny z tej trójki jest trzykrotnym mistrzem świata.
Teraz nie grają już w Europie, wolą zarabiać u siebie. Wy nie jeździcie do nich?
Niektórzy jeżdżą. Niemiec Timo Boll grał w ich lidze i wrócił wychudzony o sześć kilogramów. To jest letnia liga, trwa tylko trzy miesiące, ale upały są wtedy ogromne. Też miałem propozycje, ale nie skorzystałem.
Wierzy pan, że wrócą jeszcze dobre czasy polskiego pingpponga?
Jak się nic nie zmieni we władzach, to nie. Zdolnych zawodników nie brakuje, ale jeśli ta ekipa, która rządzi od lat nie odpuści, nie da szansy młodym, będzie jeszcze gorzej niż teraz.
Rozmawiał w Pekinie: Janusz Pindera – Rzeczpospolita