Na malowniczym półwyspie Synaj, leżącym nad Morzem Czerwonym, na początku grudnia br. w Sharm el-Sheikh odbyły się Międzynarodowe Mistrzostwa Egiptu w tenisie stołowym w kategorii weteranów. Gliwiczanin Marian Strzałka wywalczył tam trzy złote i brązowy medal.
W parze deblowej z Rosjaninem Dimitrijem Dawidienko, zwyciężył w kategorii powyżej 60 lat. W tej samej kategorii powtórzył sukces w grze mieszanej z Holenderką Ans Van der Steen oraz gościnnie z reprezentacją Rosji w turnieju drużynowym, wywalczył również złoto. W mocno obsadzonym turnieju indywidualnym było trudniej, dlatego kolor medalu był tylko brązowy.
AK- Panie Marianie, jakie przywiózł Pan wrażenia?
MS- Oh, świetnie przygotowany turniej pod względem organizacyjnym. Pełna klimatyzacja sali, pogoda prima, hotel z widokiem na morze, piękne rafy koralowe, barwne, egzotyczne ryby w zatoczkach. Ta estetyka miała pozytywny wpływ na atmosferę zawodów i zawodników, wszyscy czuli się komfortowo i chociaż rywalizacja była zacięta, grało się bardzo przyjemnie. Można jeszcze zaznaczyć, że splendoru imprezie dodał udział kilku gwiazd, np. Janosa Takacsa, to węgierska znakomitość z czasów Gergely’ego, Klampara i Jonyera. Mistrz Europy i zdobywca Pucharu Świata.
AK- Długa droga do Sharm el-Sheikh. Jak się rozpoczęła?
MS- Pierwszy raz zetknąłem się z tenisem stołowym w V klasie szkoły podstawowej w Czechowicach-Dziedzicach. Graliśmy z kolegą na połączonych stołach ze stołówki. Miałem też kuzyna należącego do Elektrostalu Czechowice-Dziedzice. Klub był na terenie fabryki, dlatego tylko nieliczni o nim wiedzieli. Przeprowadził mnie przez portiernię, dalej na salę i do trenera. Na początku miałem zagrać z jakąś dziewczyną i ją ograłem. Zadowoliłem tym testem trenera, więc zaczął mnie pilnie ćwiczyć. Nie przyznałem się koledze, że chodzę do klubu, toteż po kilku miesiącach byłem lepszy od niego. Jednak później wciągnąłem go do klubu i tak zaczęliśmy grać w „B” klasie, potem w „A” i lidze okręgowej. W międzyczasie były mistrzostwa Śląska szkół podstawowych i na te zawody pojechaliśmy sami, bez nauczyciela. Wygraliśmy te mistrzostwa, on był pierwszy, ja drugi. Po tym młodocianym sukcesie nasze drogi się rozeszły, on realizował się muzycznie, a ja rozpocząłem szkołę średnią w Bielsko-Białej i równolegle trenowałem w BKS Bielsko-Biała – to był 1970. Po roku zwerbowano mnie do trzeciej ligi, a później awansowaliśmy do drugiej. Po ukończeniu Technikum Mechaniczno-Elektrycznego, zdałem egzamin na Politechnikę Śląską, na wydział górniczy.
AK- I tu zapewne zaczął się rozdział z AZS Gliwice?
MS- Tak, zamieszkałem w akademiku i rozpocząłem trenowanie w AZS Gliwice. Drużyna wówczas była potęgą – to był 1973 rok. Grałem dwa lata w AZS’sie, jako pierwszy rezerwowy. Klub w tym czasie był bogaty, więc ściągnęli Marka Skibińskiego, Witolda Woźnicę – bardzo mocnych zawodników, których skutecznie uzupełniał Wojciech Waldowski. Chociaż byłem studentem, a klub akademicki, trudno było mi wejść na stałe do pierwszego składu, więc graliśmy z rozpoczynającym karierę Stefanem Dryszlem, w trzeciej lidze. Wygrywaliśmy tam wszystkie gry bez problemów, ale blokowały nas przepisy w awansie. Miałem też sporo sukcesów w zawodach akademickich. Również bardzo dobrze wspominam zwycięstwa w dwóch turniejach obsadzonych czołówką Polski, w Zawierciu (1979) i w Koszalinie (1982). Po dwóch latach zainteresował się mną drugoligowy CKS Czeladź, tam grałem trzy lata i szybko awansowaliśmy do pierwszej ligi. Później przeszedłem do ŁTS Łabędy Gliwice i tam też pięliśmy się z trzeciej do pierwszej ligi.
AK- Przypomina Pan sobie zawodników wspomagających sukcesy ŁTS’u?
MS- Oczywiście, do czołowych zawodników zaliczali się: Józef Kwaśniok, Krzysztof Węgrowski, Marek Kurzępa i Witold Nowakowski. Po czterech latach gry, nastał stan wojenny – grałem jeszcze rok i po skończeniu studiów, pracowałem w dozorze kop. „Sośnica”. I jako jedyny zawodnik grałem amatorsko, tzn. za darmo. Pracowałem, a po pracy trenowałem i grałem w ekstraklasie. Nie daliśmy rady się utrzymać. Bez wzmocnienia składu nie było szans. Miałem też epizod z Wawelem Wirek i w połowie lat 90’tych byłem zawodnikiem Stali Zawadzkie. Jakkolwiek, mistrzem seniorów nie udało mi się być na Śląsku, to w tym czasie byłem czterokrotnie mistrzem Opolszczyzny. Grałem też za granicą w niższych przedziałach niemieckiej ligi – prawie 12 lat.
AK- Jest Pan chyba najefektywniejszym zawodnikiem w Polsce w kategorii weteranów.
SM- W dwudziestoletnich startach w tej kategorii, siedem razy zdobywałem indywidualne mistrzostwo Polski, wielokrotnie w grze podwójnej, a drugich i trzecich miejsc, to nie policzę. Brałem udział w mistrzostwach Europy i świata weteranów. Wygrywałem też w międzynarodowych mistrzostwach Turcji i Egiptu.
AK- Oprócz systematycznego udziału w turniejach, czy realizuje się Pan jeszcze w tenisie stołowym?
SM- Aktualnie prowadzę zajęcia w „Starym Hangarze” i gram w lidze okręgowej w AZS Gliwice.
Próbujemy ratować sytuację drużyny.
AK- No właśnie, ostatnio tenis stołowy w Gliwicach jest w impasie. Ma pan jakąś receptę, żeby ta zastoina ruszyła z miejsca?
SM- Nie ma żadnych szans bez doinwestowania. Musimy koniecznie znaleźć sponsorów. Jest jeszcze Spartakus, Kolejarz i AZS, bo ŁTS – o zgrozo – już nie istnieje, ale to jest poziom trzeciej ligi i bez wkładu inwestycyjnego nic się nie zmieni. Bez pieniędzy, trenerów i zawodników nie będzie nic więcej.
Rozmawiał Andrzej Krypel