Od siedmiu lat jestem zawodniczką GLKS-u Nadarzyn. Opuszczenie rodzinnego domu w celu rozwijania się jako zawodniczki było dla mnie bardzo trudne. Mimo to bardzo się cieszę, że trafiłam akurat do Nadarzyna.
Starsze zawodniczki i grono sympatyków pingponga przyjęli mnie bardzo serdecznie. Osobą, której zawdzięczam jednak najwięcej jest Pan Darek Zwoliński, który pomagał mi zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Pan Darek jest prezesem GLKS Nadarzyn, ale pełni też wiele ważnych funkcji. Zastępuje nam menadżera, który dba o wszelkie szczegóły, jest dobrym szkoleniowcem, lekarzem, a także w chwilach kryzysowych potrafi być niezłym psychologiem. Z perspektywy tych kilku lat jestem przekonana, że bez tej osoby Nadarzyn nie byłby dzisiaj tak silnym klubem. Postanowiłam, że zrobię z nim wywiad.
Oto jak to wyglądało.
Jak zaczęła się Pana przygoda z tenisem stołowym?
–Do gminy Nadarzyn trafiłem w 1990 roku, zaraz po ukończeniu studiów ( wydział trenerski warszawskiej AWF) i rozpocząłem pracę w małej, wiejskiej SP w Woli Krakowiańskiej. Lekcje prowadziłem na dworze i na korytarzu, ale był też stół do tenisa stołowego. Jeden z miejscowych działaczy sportowych zaproponował mi przygotowanie zespołu do regionalnych LZS w pingponga. W grupie dzieciaków chętnych do zabawy znalazła się m.in. Monika Perzyna (późniejsza kapitan zespołu ekstraklasy) i tak właściwie zaczęła się nasza przygoda z tenisem stołowym. Natomiast GLKS Nadarzyn współzałożyłem z grupą przyjaciół dopiero w 1997 roku, wcześniej „robiliśmy” nadarzyński pingpong pod innymi szyldami.
Zajmuje się Pan całą organizacją klubu już siedemnaście lat. Z mojego punktu widzenia to wystarczająco długo żeby wysnuć pewne wnioski. Co zmieniło się w polskim tenisie stołowym na lepsze?
–Tak, niedługo osiągnę pełnoletniość pracy zawodowej. To dużo i mało, bowiem ciągle się uczę. Środowisko tenisa stołowego było mi całkiem obce. Z „wykształcenia sportowego” jestem siatkarzem, a pingponga uczyłem się już jako dorosły i ukształtowany facet. W ciągu tego okresu zmieniło się chyba wszystko. Dostępność do sprzętu, warunki bazowe – nowe, piękne hale – wzrosły wymagania rodziców i dzieci w stosunku do klubów. Mam wrażenie, że świat się „skurczył” ponieważ zdecydowanie łatwiej o kontakty, wymianę poglądów i doświadczeń. To dotyczy całego sportu. Sam tenis stołowy dorobił się w tym okresie m.in. dobrego systemu rozgrywania turniejów OTK, silnej ligi kobiet, obiektów sportowych w Krakowie i Gdańsku oraz bardzo dobrego ruchu amatorskiego.
Co według Pana mogłoby wpłynąć na poprawę aktualnej sytuacji w Polsce, dotyczącej oczywiście rozwoju pingponga?
–Nie ma na to prostych recept. W pingpongu nie ma dużej kasy. W większości klubów wszystko odbywa się na zasadzie pracy ludzi „pozytywnie zakręconych”. I to jest dzisiaj największy potencjał, którego zmarnować nam nie wolno. Od dawna postuluję, żeby władze PZTS oparły w większej mierze swoją działalność na samorządach, a nie tylko na Ministerstwie Sportu. W corocznych podsumowaniach brakuje docenienia najbardziej hojnych dla pingponga samorządów, a to wielu działaczom w terenie mogłoby pomóc. Związek nie prowadzi również w żadnym zakresie pomocy informatycznej, jak uzyskać dotacje na podstawową działalność z instytucji centralnych. Internetowa wskazówka to zbyt mało. Trzeba pokazać ludziom jak wypełniać wnioski, co pisać, co w nich uwzględniać. Tam są duże pieniądze. Należy pamiętać, że silne i zasobne kluby to silna federacja. Jest oczywiście wiele możliwości, ale to raczej osobny temat.
Jaki jest najistotniejszy problem, z którym boryka się tenis stołowy w Polsce? Na czym on polega?
–Wielu pewnie powiedziałoby, że to brak pieniędzy, brak medialności naszej dyscypliny, czy brak prawdziwej gwiazdy, która jak Małysz wprowadziłaby nas do sportowego raju. To wszystko jest oczywiście prawdą. Dla mnie jednak prawdziwy problem leży w innym miejscu. Zatraciły się gdzieś pozytywne relacje pomiędzy Związkiem, a tzw. szeroko pojętym terenem. Brak jest strategii rozwoju dyscypliny, w tym najzdolniejszych graczy, a jeśli jest to dół jej nie zna. Obecny PZTS ma na koncie sporą liczbę sukcesów organizacyjnych. Turnieje w Cetniewie czy na Torwarze to dziś najlepsza wizytówka Związku. Paradoksalnie europejskie władze mają dzisiaj dużo lepsze zdanie o pracy naszej federacji niż rodzime środowisko. Moim zdaniem to właśnie tutaj należy szybko wyciągnąć wnioski i wnieść poprawki.
Jak wygląda współpraca przedstawiciela jednego z najlepszych klubów w Polsce z najsilniejszy organem rządzącym w „tenisowym światku” czyli z PZTS-em?
–Marnie. Brakuje mi właśnie tej strategii. Nie wiem kto, kiedy i na jakie zawody międzynarodowe czy zgrupowanie pojedzie, a kto jechać może. Jakie to trudne w pracy szkoleniowej tłumaczyć chyba nie muszę. Nie otrzymujemy żadnych oficjalnych powołań. Przykre jest to, że młody człowiek, który trafia np. do kadry juniorek jest po prostu wpisany na jej listę. To ma być dla niego honor i motywacja do dalszej pracy. Nie ma oficjalnego pisma, a nie wspomnę już o wręczeniu przez Prezesa koszulki reprezentacyjnej. Tych spraw jest bardzo dużo. To małe rzeczy, ale jednocześnie niezwykle ważne. Wszak to właśnie dopracowanie takich szczegółów prowadzi do wielkości.
W naszym klubie jest kilka aktualnych reprezentantek kraju. Czy współpraca z trenerami kadry jest według Pana zadowalająca?
–Tak, dziesięć osób to naprawdę dużo. Mówiąc wcześniej PZTS miałem na myśli również związkowych trenerów. To są te same problemy. Komunikacja między nami jest za mała, brak dialogu i wymiany informacji. Nie może być tak, że trener kadry wymaga tylko dyspozycyjności naszych zawodniczek w każdej chwili, a najlepiej natychmiast. W klubie oczekiwalibyśmy np. planu szkoleniowego i startowego reprezentantek Polski na piśmie, z półrocznym wyprzedzeniem tak, abyśmy mogli wystąpić o np. dostosowania do naszych potrzeb kalendarza ligowego. Fajnie byłby wiedzieć, na co w pracy szkoleniowej z reprezentantką kraju, powinien zwrócić uwagę trener klubowy. Na początek choć tyle.
Chciałabym zadać Panu jeszcze jedno pytanie, bardziej osobiste. Co jest dla Pana ważne w pracy zawodowej?
–Zaangażowanie i lojalność. Bez ambicji, woli walki i chęci pokonania przeszkód nic ani w życiu ani w sporcie nie osiągniemy. W relacjach z innymi ludźmi cenię sobie przede wszystkim lojalność. Tę zdrową. Mam wypróbowaną grupę przyjaciół – współpracowników. W ferworze dyskusji potrafimy często dosadnie powiedzieć i wygarnąć sobie wszystko. Jednak na zewnątrz stanowimy monolit. W trudnych chwilach możemy liczyć na wzajemną pomoc i zrozumienie. To dla mnie bardzo ważne. Nie znoszę fałszu. Obcy człowiek nie może mnie ukłuć, ale kilka osób, którym zaufałem, zraniło mnie mocno. Tym bardziej cenię sobie przyjaźń tych, którzy pozostali, a jest ich w GLKS-sie nie mało.
Jakie są obecne cele Nadarzyna?
–W tym sezonie celem jest na pewno medal w ekstraklasie kobiet i awans do ekstraklasy drużyny męskiej oraz 10-12 medali Mistrzostw Polski, z tego będziemy się w klubie rozliczać. Dla mnie, jako Prezesa cele to przede wszystkim utrzymać aktualną grupę zawodniczą i szkoleniową na następny sezon. Zapewnić jej warunki do dalszego rozwoju. Mocno myślę nad stworzeniem puli środków przeznaczonych w klubowym budżecie na straty międzynarodowe dla naszych reprezentantów. Wracając do grupy to muszę powiedzieć, że na dziś skład ekipy jest prześwietny. Zarówno trenerzy jak i zawodnicy to grupa ambitnych, poukładanych i inteligentnych bestii, a przy tym bardzo wesoła kompania. Mam jeszcze kilka ciekawych organizacyjnych pomysłów, ale jak wiadomo, prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy więc poczekajmy jeszcze trochę, a potem będziemy oceniać.
Zgadzam się z tym, że Nadarzyn to wspaniała ekipa i mam nadzieję, że wspólnie osiągniemy zamierzone cele. Dziękuje bardzo za rozmowę i poświęcony czas.
–Dziękuje również.
Z Dariuszem Zwolińskim rozmawiała Natalia Bąk
Foto: Ireneusz Kanabrodzki