Koniec leśnych dziadków i baronów z tzw. terenu? Twórcy nowej ustawy o sporcie kwalifikowanym są pewni w jednym – w przyszłym roku czekają nas wybory we wszystkich związkach sportowych – pisze Gazeta Wyborcza.
– Podkreślam, że chodzi o zrobienie porządku we wszystkich związkach sportowych, nie tylko w PZPN – mówi Robert Zawłocki, jeden z twórców ustawy o sporcie kwalifikowanym, były kurator PZPN, znany z niechęci do betonowych działaczy piłkarskiego związku.
Projekt już został zatwierdzony przez Ministerstwo Sportu, wkrótce zostanie przedstawiony Radzie Ministrów, potem ma trafić do Sejmu. W ministerstwie twierdzą, że najpóźniej latem powinien być poddany pod głosowanie. Jeśli przejdzie, jeszcze w tym roku związki będą działać według nowych przepisów – informuje Gazeta Wyborcza.
– A to oznacza, że już w przyszłym roku wszystkie będą musiały zorganizować nowe wybory. I to od podstaw. Nie tylko prezesa, ale każdego delegata i prezesa z osobna w najmniejszych podokręgach – tłumaczy Zawłocki.
Jakie są najistotniejsze zmiany w przepisach? Skrócenie kadencji władz związków do maksimum dwóch (czyli osiem lat), mniej osób we władzach (np. zarząd PZPN liczyłby 12 członków, dziś – 18), zakaz łączenia funkcji (nie można byłoby być jednocześnie prezesem okręgowym i członkiem zarządu PZPN) oraz konieczność publikacji corocznego raportu z całej działalności.
Nieoficjalnie wiadomo, że twórcy ustawy liczą na to, że nowe przepisy spowodują, że w wyborach na szczeblach lokalnych wystartuje więcej młodych, świeżych działaczy i że będą mieli większe szanse dostać się do władz w regionach, co przełoży się na skład władz centralnych – podaje dziennik.
A co będzie, jeśli przeciw nowym uregulowaniom znów zaprotestuje FIFA? Zawłocki jest przekonany o swoich racjach: – Nie ma takiej możliwości. FIFA nie ma nic do prawa stanowionego przez polski rząd. A stowarzyszenia działają według polskiego prawa.
Działacze niektórych związków znają projekt ustawy i już gwałtownie protestują. – To znaczy, że przepisy są bardzo dobre – kwituje Zawłocki.
Źródło: Gazeta Wyborcza – Jacek Sarzało