Waldemar Czapski, podczas Kursu Instruktorów w Łomiankach, zadał kilka pytań trenerowi polskiej reprezentacji, Stefanowi Dryszelowi.
Jak to jest z relacjami na linii klub – reprezentacja?
Klub ma swoje interesy – reprezentacja swoje. Głównym powodem tego jest, że zawodnik zarabia w klubie. W reprezentacji lepsi mają jakieś tam stypendia, ale to nie takie pieniądze, za które oni mogliby spokojnie żyć, czy odkładać na przyszłość. Są więc zobligowani do wykonywania poleceń swoich szefów. Każdy klub ma sponsorów, a ci są zainteresowani, żeby rozgrywek było jak najwięcej, bo ściągnie się media, TV, będzie huczało o firmie itd. Zaczyna się więc nie tylko liga, jest puchar, do tego dodaje się Ligę Mistrzów. I gramy: najpierw w grupach, potem ćwierćfinał, mecz, rewanż. Tych terminów jest po prostu TYLE, że nie ma czasu na spokojny trening. Jeżeli ja mam pierwsze zawody w piątek, a drugie w niedzielę, to już koło środy muszę zaczynać luzować trening.
Godzinę wcześniej rozmawiałem z prezesem Dachowskim – o bardziej indywidualnym traktowaniu wyniku w tenisie stołowym. Wzorem tenisa ziemnego – gramy w turniejach, zbieramy punkty kwalifikując się do mistrzostw Polski, a przy okazji zarabiamy.
Pan idzie we właściwym kierunku. Tenis stołowy – podobnie jak ziemny – jest sportem INDYWIDUALNYM – teraz gramy w oparciu wyłącznie o ligę. W tenisie ziemnym są poważne pieniądze. Tam od kwalifikacji płaci się za każdą rundę. Wie pan jakie są kwoty w turniejach typu PRO TOUR? Trzeba być w 16, żeby zarobić 2 600 zł brutto, z czego zabiorą jeszcze podatki. TO SĄ ŚMIESZNE PIENIĄDZE. Często mówimy o ludziach, co nawet z kwalifikacji nie wyjdą. Trzeba przejść dwie rundy turnieju głównego, żeby zarobić cokolwiek. Inaczej nie ma szans zwrócić kosztów poniesionych na nakłady wyjazdowe, przelot samolotem, rezerwacja hotelu, wyżywienie itd. To jest słuszna droga – pójście w tą stronę, ale musi się zacząć KASA.
Mamy teraz błędne koło. ONA SIĘ INACZEJ NIE ZACZNIE – jeśli nie będziemy próbowali robić systemu turniejowego, tylko będziemy się opierali na WTKach i lidze.
Tak. To nie jest ta droga, moim zdaniem. Mówię to głównie z pozycji trenera reprezentacji, który jeździ z tą całą elitą. Jeśli jest zawodnik, który ma rywalizować z najlepszymi na świecie i ma tak skonstruowany program – to on w życiu nie osiągnie żadnego wyniku. To jest zastój, nawet cofanie się w tej chwili, a nie jakikolwiek krok do przodu.
A jak jest w innych krajach?
Wie pan, co Niemcy robią teraz z Bundesligą? Zmniejszają z czterech do trzech i będą grali do dwóch setów teraz. Trzeci set ma być rozpoczynany z 6:6.
Jestem całkowicie ZA.
Oni idą słuszną drogą i robią to dla mediów. Ma to jednak pewną pułapkę. Wymaga to chyba krótszych i bardziej intensywnych treningów. Bo taki duży wysiłek nie będzie potrzebny, gdy partia będzie trwała, np. 15 min.
Grunt, żeby mecz nie trwał tak jak teraz cztery godziny.
Ja się całkowicie z tym zgadzam, ale jestem zwolennikiem tego, żeby grać na dwóch stołach i wybierać ciekawsze partie na potrzeby telewizji.
Powspominał pan stare dzieje. Był pan królem tego jednego punktu w drużynie. A. Grubba i L. Kucharski czasami nie wystarczali do pełnego sukcesu.
Najlepsze mecze naszej ekipy to lata 84, 85, 86.
Jaki moment utkwił Panu najbardziej w pamięci?
Wcale nie były to nasze złote lata. Był to rok 81, mistrzostwa Świata w Nowym Sadzie. Gramy z pozycji kopciuszka. Mierzymy się z Jugosławią ( jak wygramy – to jutro walka z Czechami o medal). Prowadzimy 4:1 z Jugosławią – robi się 4:4. Gram ostatni pojedynek z defensorem Mesaroszem. NA TRYUBUNACH JEST 8000 Jugoli. Wie pan, ile to jest – 20 000 Brazylijczyków nie potrafi zrobić takiego tumultu, jaki tam oni robili. Każda piłka wygrana przez przeciwnika to jest 8 000 gardeł, gwizdy itd. + próba deprymowania mojej osoby. Ja ten mecz wygrałem 22:20 w piątym secie. To był dla mnie moment najszczęśliwszy w karierze. Nie zdobyliśmy wtedy medalu, przegraliśmy z Czechosłowacją 1:5. Mecz trwał ponad 5 godzin i graliśmy następnego dnia rano. MIMO TO, DLA MNIE TO BYŁO NAJCENNIEJSZE ZWYCIĘSTWO.
Bardzo dziękuję za rozmowę.