Jak sami zauważyliście, nie angażuje się w kampanię wyborczą PZTS. Nie popieram żadnego kandydata, nie atakuje nikogo. Dziś napisała do mnie czytelniczka, która atakuje wszystkich. Postanowiłem opublikować jej artykuł.
NA ZAKRĘCIE
Nie będzie to relacja z zawodów żużlowych. Będzie to stronnicze podsumowanie działalności osób odpowiedzialnych za tenis stołowy w Polsce. Żużlowcy po zakręcie wychodzą na prostą. Tenis stołowy nie ma tak optymistycznych perspektyw.
Nie ma szans na odrodzenie tenisa stołowego w najbliższym czasie.
Smutna diagnoza wynika z prostego wniosku: ludzie zarządzający polskim tenisem nie umieją tego robić, a nie zanosi się, żeby robić to przestali.
Sukcesy i porażki.
Niewątpliwym sukcesem okazał się bilans Mistrzostw Europy. Tutaj PZTS sporo zarobił. Malkontenci mogą zapytać, czy mógł nie zarobić? Tworzenie budżetu mistrzostw jest dość proste. Zarabia się na miejscach hotelowych. Im większa liczba startujących tym większy zysk. Kolejną pozycją po stronie zyski stanowią prawa do transmisji. Typowym bonusem są wpływy sponsorskie. Tym sposobem PZTS uskładał sporą sumkę. To dobrze.
Zyski z imprezy nie zostały wykorzystane. Zostały skonsumowane. Między innymi na premie dla członków Zarządu o szokującej wysokości. Dyrektor i Prezes otrzymali nagrody ponad dwudziestotysięczne! Jednocześnie zmarnowano olbrzymią szansę na integrację środowiska. Nie podjęto prób popularyzacji dyscypliny. Lista zaniechań jest znacznie dłuższa.
Prezes chorągiewka.
Pan Ryszard Weisbrodt dał się poznać jako osoba mająca trudności w podejmowaniu decyzji. Od początku był niezdecydowany. Wahał się, czy przyjąć posadę prezesa. Najpierw był pełniącym obowiązki, a gdy pierwszy strach minął zgodził się na prawdziwą prezesurę. Brak zdecydowania to zdecydowanie dominująca cecha jego charakteru. W pamięć zapadło postępowanie szefa PZTS w sprawie kadry narodowej. Przypomnę, że kadrowicze zbuntowali się i opuścili zgrupowanie przed Mistrzostwami Europy. Jakub Kosowski przed kamerą TVP błysnął intelektem atakując Związek, za to że ten nie opłaca za zawodników składek ZUS. Reakcją Ryszarda Weisbrodta na bunt kadrowiczów było ich zawieszenie do czasu wyjaśnienia. Nie udało się jednak nic wyjaśnić i Prezes wyrzucił towarzystwo z kadry, co zresztą było jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Jeśli na tym sprawa by się skończyła, grono oponentów Prezesa byłoby mniejsze. Jednak Ryszard Weisbrodt jak gdyby nigdy nic wycofał się ze swoich wcześniejszych decyzji i zrehabilitował awanturników.
Afera kartkowa.
Gdyby nie skandal związany z karaniem zawodników dużo spokojniej funkcjonowałby kolejny członek Zarządu Sylwester Małecki. Jak wiadomo zawodnicy powinni płacić kary PZTS za żółte i czerwone kartki. Wydział Gier i Dyscypliny chciał egzekwować to prawo. Umieszczano na stronie internetowej nazwiska osób nieuprawnionych do gry. Ci nie spieszyli się z wpłacaniem pieniędzy na konto Związku. Dlatego zweryfikowano mecze z udziałem nieuprawnionych zawodników jako walkowery. Gdy przede wszystkim portale internetowe nagłośniły sprawę, Związek wycofał się z wcześniejszych postanowień i wprowadzono abolicję. Winni nie zostali ukarani. Wycofano się ze wszystkiego. Portale bezlitośnie weryfikują mniejsze lub większe poszanowanie prawa i lawirowanie wokół przepisów szefa WGiD. Dzięki mediom elektronicznym nazwisko Małecki stało się głośne. Okazał się człowiekiem niekompetentnym do sprawowania poważnych funkcji w Związku. Doprawdy trudno zrozumieć, czemu człowiekowi charakteryzującemu się brakami najprostszej kultury i ogłady zaproponowano prestiżowe stanowisko w PZTS. Skompromitował się okrutnie w przewodniczeniu Wydziałowi Gier i wydaje się, że dalszą karierę może kontynuować tylko jako
mistrz układania podłogi.
Nie chcę rozwijać wątków o nepotyzmie. Państwo zasiadający w Zarządzie sami wiedzą najlepiej, czy w tej kwestii mają czyste ręce i sumienia.
Szkoleniowy kryzys?
Postawiłam znak zapytania, bo sama zastanawiam się, czy powinno mówić się o kryzysie. Jak oceniać wyniki osiągane przez reprezentacje? Primo: całkiem pokaźny pakiet medalowy na ME Juniorów i Kadetów. Secundo: medal w Mistrzostwach Europy Seniorów rozgrywanych w Gdańsku to sukcesy niewątpliwe. Część osób chciałaby to widzieć inaczej, ale sukces to wynik polskiej myśli szkoleniowej, a mówiąc dokładniej treningów Zbigniewa Nęcka. Obecność reprezentantów na Igrzyskach Olimpijskich należy oceniać jako rezultat dobrego przygotowania i solidnie wykonanej pracy. Gorsze są dokonania reprezentacji na ME niedawno zakończonych w Holandii. Można zatem zadać kolejne pytanie:
Na bezrybiu i Wang Zeng Yi ryba?
Jednak, prawdę mówiąc, chciałabym uniknąć dyskusji na ten temat. Skoro jest tak dobrze, czemu jest tak źle? Czy jest temu winny pomorsko-łódzki triumwirat zawarty przez panów Kawę, Szydłowskiego i Pielacińskiego z ważną rolą tego pana wymienionego w środku?
Kim był szef wyszkolenia?
Tadeusz Szydłowski człowiek wiele lat działający w środowisku tenisa stołowego. Wywodzący się z województwa łódzkiego, gdzie zaczynał karierę trenerską. Łódzką Jedynkę doprowadził na szczyty rankingu polskich klubów. Zapaleniec, idealista. Jednocześnie człowiek starający się rozsiewać wokół siebie aurę osoby wiecznie zajętej, co ma go zwalniać od przypisanych obowiązków. Być może dlatego nieobowiązkowy, niezorganizowany. Jak oceniać Tadeusza Szydłowskiego, wiceprezesa do spraw sportowych i człowieka odpowiadającego za szkolenie w polskim tenisie? Zanim nie odpowiem na to pytanie, chciałabym przedstawić najważniejsze zadania szefa wyszkolenia. Otóż, moim zdaniem, szef powinien odpowiadać za plany szkoleniowe, za nadawanie kierunku dyscyplinie, za objęcie szkoleniem zawodników, trenerów, działaczy. Szef wyszkolenia powinien przyczyniać się do dyskusji dotyczącej rozwoju, trendów, niuansów tenisowych. Powodować spory, mobilizować do podejmowania szkoleniowego ryzyka. Szef wyszkolenia powinien postawić przede wszystkim sobie jakiś cel. Czy Tadeusz Szydłowski taki cel miał? Czy potrafił prowadzić dyskusję, motywować, dostrzegać zmiany w dyscyplinie? Pytanie wolę pozostawić otwarte i postawić kolejne:
Która ekipa spowodowała kryzys w tenisie stołowym?
Co ciekawe, ataki na Tadeusza Szydłowskiego były jak najbardziej na rękę panom Weisbrodtowi i Pielacińskiemu. Polityczni, tak ich nazwijmy, przeciwnicy atakując Szydłowskiego zostawiali w spokoju szefa PZTS i skarbnika. Tadeusz Szydłowski broni się stworzeniem regulaminu powoływania członków kadr. Prosty regulamin z możliwością podejmowania decyzji przez trenerów kadr narodowych. Podobnie jak z Tadeuszem Szydłowskim sytuacja miała lub ma się z członkinią Zarządu Barbarą Tereszkiewicz-Stach. Towarzystwo z Zarządu podsycając plotki o śmiesznych albo powiedzmy nietypowych zachowaniach przewodniczącej Komisji Sportu Masowego związanych z gospodarką finansową, odsuwa od siebie problemy. Skoro członków Zarządu trzeba pilnować, aby się rzetelnie rozliczali z finansów, to nie ma już możliwości prowadzenia działań naprawczych w Związku. Czy niektórzy panowie z Zarządu nie wykorzystują przypadkiem „kozłów ofiarnych”?
„Stara ekipa”.
Rozwinięciem poprzedniego wątku jest również taka ocena panów Weisbrodta, Szydłowskiego, Pielacińskiego, którzy jawią się jako mędrcy w porównaniu z innymi gentelmanami mającymi wpływ na obraz i kształt tenisa stołowego w Polsce kilka lat wcześniej. Czy chcemy się utożsamiać z pewnym działaczem, który twierdzi:
„tak dalej być nie może!”
Zygmunt Sutkowski śmieszny pan bez żadnych konkretnych zasług dla sportu. Nawet nie działacz tylko jego karykatura. Na dodatek o zasobie wiedzy o tenisie na poziomie minimalnym. Zatem, porównując, pokłoniłabym się w pas obecnie działającym w Zarządzie. Czy można zaufać osobom z innej bajki jak aspirujący do władz Tadeusz Czułno z Rzeszowa albo teoretycznie będącemu we władzach Mariuszowi Baruchowi z Białegostoku? Nie można! Także Wojciecha Waldowskiego nie traktuję jako synonimu osoby uciekającej od konfliktu interesów. Rozmowy prowadzone przeze mnie jakiś czas temu z zawodnikami współpracującymi z Wojciechem Waldowskim nie pokazują prezesa Śląskiego Związku Tenisa Stołowego w zbyt dobrym świetle, a rozmowy dotyczyły wywiązywania się ze zobowiązań finansowych. Finał rozważań jest dość prosty: dość troglodytów w PZTS lub związanych ze związkiem typu Małecki czy Sutkowski i im podobnych.
Niespełniona prośba ministra.
Minister Giersz mówił na spotkaniu z przedstawicielami środowiska tenisowego ”chciałbym widzieć nowe twarze”, a uczestnicy opuszczali wzrok.
Nowych twarzy nie ma i nie będzie.
Oznacza to, że jesteśmy skazani na dalszy regres tenisa stołowego. Wynika to przede wszystkim z tego, iż delegatami na zebranie sprawozdawczo-wyborcze będą te same osoby, które wybierały poprzednie władze. W tym gronie znajdą się wszyscy wyżej wymienieni. Ilu z szesnastu prezesów związków wojewódzkich będzie dalej na stanowisku? Osoby ambitne, bezkompromisowe, mające w pewnym sensie podejście „pro teniso bono” nie będą miały nic do powiedzenia. A chciałabym nowych władz. Chciałabym władz przyjaznych rozwojowi tenisa stołowego, w których będą na przykład Zbigniew Stefański czy Paweł Gąsiorski. U nich widać pasję i zaangażowanie, otwartą głowę i pomysły. Ze swojego punktu widzenia mogę apelować:
Szukajmy nowych ludzi.
Obawiam się, że apel trafi w próżnię. Nieszczęściem będzie jednak powtórka z poprzednich wyborów. Największym problemem jest brak młodych osób, które chciałyby się zaangażować w rozwój tenisa stołowego. Trwa marazm, na którego przerwanie niestety się nie zanosi.
Finanse
Osoby obecnie trzymające władze twierdzą, że działają społecznie. Niestety, nie jest to prawdą. Weryfikacja jest banalnie prosta. Niech państwo Weisbrodt, Szydłowski, Pielaciński, Błażejewicz, Chrabąszcz, Jagiełowicz, Kulczycki, Małecki, Pięta, Tereszkiewicz-Stach, Szumacher, Baruch ujawnią, ile zarobili dzięki działalności w PZTS. A są to olbrzymie kwoty. Pomijam celowo dyrektora Klimaszewskiego, gdyż on jako osoba zatrudniona na etacie w PZTS w sposób jawny i uczciwy pobiera wysokie wynagrodzenie. Inaczej się ma kwestia zysków uzyskanych dzięki działalności w Związku. Ile dzięki PZTS zarobili członkowie zasiadający we władzach?
Opublikowanie PIT na stronie internetowej PZTS członków Zarządu
rozwiałoby wszelkie wątpliwości. Takie podejście tworzyłoby zasadę dobrych praktyk.
Walka o władzę.
Za chwilę zacznie się najciekawsza odsłona wyścigu po prezesurę. Z jednej strony znajdzie się grupa obecnie, z drugiej poprzednio trzymająca stery PZTS. Wśród zagorzałych krytyków polityki szkoleniowej Związku znajduje się prezes tysiąclecia Zygmunt Sutkowski. Niech jednak Opatrzność nas broni przed ludźmi tego typu, którzy krzyczą „tak dalej być nie może” i na tym się kończy. Obecność we władzach Zygmunta Sutkowskiego byłaby fatalnym rozwiązaniem. Człowiek będący zakładnikiem podstawowego wykształcenia ma ograniczoną zdolność pojmowania tego, co dzieje się dookoła. Mam nadzieję, że wiecznie skacowani działacze, których nazwisk nie wypada podawać zostaną zwyczajnie zapomniani. W zupełności wystarczy jak w annałach związkowych przeczyta się ich nazwiska. Do wyścigu o fotel prezesa ponoć szykuje się zasłużony albo zasłużony inaczej Wojciech Waldowski. Wątpię, czy może być zwiastunem poprawy. Podobnie zastanawiam (aktualnie-zastanawiałam się) się nad inną osobą, ocenianą bardziej przez pryzmat internetowych artykułów, Krzysztofem Piwowarskim. Wątpliwości budzi styl pisania, łączący język prawniczy z językiem chama z ulicy. Wybierający władze na Mazowszu dali prztyczka w nos panu Krzysztofowi, choć część z nich w kuluarach określała to mianem nokautu. Dość często pojawiają się na internetowych forach głosy rozsądku mówiące o potrzebie zmian. Czy zmiany mogą się dokonać? Tak jak napisałam we wstępie, wydaje się że nie. Mandatariuszami na Zjazd Sprawozdawczo-Wyborczy będą te same osoby, które wybierały poprzednie władze. Ten kto zawiąże koalicje większościową, tak jak w polityce, będzie rządził. Życzyłabym sobie, aby rozwój tenisa zaangażowali się ambitni i młodzi ludzie.
Dobro tenisa stołowego?
Czy panowie Weisbrodt, Szydłowski, Małecki, Pielaciński, Klimaszewski spełnili pokładane w nich nadzieje? Czy dobrze wywiązywali się ze swoich obowiązków? Podczas wyborów będą musieli na te pytania odpowiedzieć. Co jednak ważniejsze, odpowiedzi powinni udzielić sami sobie przed lustrem. W efekcie albo stawać do kolejnych wyborów, albo honorowo odejść.
Czy będzie ktoś lepszy?
Odpowiedź na pytanie na krótko zagłuszy sumienia Prezydium i Zarządu i w jakimś stopniu będzie do odpowiedź uzasadniona.
Pytania do władz.
Warto zapytać podczas zebrania sprawozdawczo-wyborczego:
– Ile rozmów z potencjalnymi sponsorami odbyli członkowie władz PZTS?
– Czy podjęto działania mające na celu zdobycie sponsora?
– Dlaczego spada ilość osób uprawiających tenis stołowy?
– Czy PZTS wprowadził własne programy szkoleniowe?
– Czy powstał jakikolwiek program szkoleniowy stworzony przez szefa wyszkolenia?
– Dlaczego nie ma programu rozwoju instruktorów i trenerów?
– Czy PZTS zajmował się fachową i specjalistyczną literaturą do tenisa stołowego?
– Czy powstała finansowana lub współfinansowana przez PZTS książka lub film o tenisie stołowym?
– Czy realizowane były jakieś projekty tenisowe?
– Co PZTS zrobił dla rozwoju klubów?
– Jakie środki sponsorskie uzyskał PZTS w poprzednich czterech latach?
– Jakie nagrody wypłacono po Mistrzostwach Europy?
– Jakie dochody z PZTS czerpią członkowie Zarządu?
Matematyczne kuriozum.
Zadam pytanie do przemyślenia: czy władzę należy powierzyć przedstawicielom okręgów o najlepszych wynikach sportowych? Odpowiedź wydaje się oczywista: tak. W obecnym Prezydium mamy zachwianie tych proporcji. Związki pomorski i łódzki są jednymi ze słabszych i mających kiepskie wyniki sportowe i organizacyjne, a więc takiej władzy sprawować nie powinny. Jest jednak inaczej. Prezydium stanowią tylko przedstawiciele Pomorza i Łodzi, mimo że mają bardzo mała liczbę mandatów. Aż trudno uwierzyć, że tak jest. Nasuwająca się konstatacja jest taka, iż osoby nie potrafiące dobrze organizować współzawodnictwa i szkolenia w związkach wojewódzkich są dopuszczeni do takiej działalności na najwyższym szczeblu.
Idąc dalej tym tokiem rozumowania prezes PZTS powinien wywodzić się z najsilniejszego związku czyli z Mazowsza. Rodzi się jednak pytanie, czy właściwym, w jakiś sposób naturalnym kandydatem będzie
kandydat a la donosiciel?
Chciałabym napisać o zwrotach akcji przy wyborze sternika polskiego tenisa stołowego. Niestety, nie mogę, bo żadnych zwrotów nie ma. Na największego konkurenta obecnego prezesa wyrasta Marek Przybyłowicz. Obserwuje jego działania z boku, w jakiś sposób z przychylnością, gdyż obecna ekipa gwarantuje tylko pogłębienie zastoju. Sama siebie jednak pytam, czy ktoś, kto jest we władzach i na te władze donosi może kierować związkiem. Formę donosu upatruje w działaniach pana Marka, który za plecami prezesa chodzi do Ministerstwa zapewne nie po to, aby chwalić obecny Zarząd. Niewyjaśnione do końca powiązania Marka Przybyłowicza z Mirosławem Kłysem kładą się cieniem na jego osobie. Większość sympatyków tenisa stołowego okres rządów tych dwóch panów ocenia jako przykry i największy upadek naszej dyscypliny sportu. W końcu czy etyczne jest wykorzystywanie Internetu do atakowania przeciwników (Małecki, Chrabąszcz)? Wybierający nowego szefa będą musieli sami sobie na te wątpliwości odpowiedzieć.
Z zaniepokojeniem śledzę wyniki wyborów w poszczególnych województwach. Zły nastrój pojawia się z prostego powodu:
Nie ma żadnych zmian.
Całe zarządy związków wojewódzkich to z niewielkimi wyjątkami bliska kopia tego, co było cztery lata wcześniej i jednocześnie kalka zdarzeń sprzed lat ośmiu. Wciąż ci sami ludzie decydują o polskim tenisie stołowym. Ich usprawiedliwieniem jest brak dopływu młodych, ambitnych kadr. Moim zdaniem członkowie zarządów nie powinni sprawować funkcji dłużej niż dwie kadencje, co gwarantowałoby odmładzanie władz. Warto zauważyć, że wszyscy wymienieni panowie byli we władzach. Weisbrodt, Szydłowski, Pielaciński, Małecki, Przybyłowicz, Waldowski, Sutkowski i całe to towarzystwo ponosi odpowiedzialność za stan tenisa stołowego w Polsce. Obracają się jak w pralce i wypłynie raz jeden, raz drugi, a różnicę trudno dostrzec.
Pisanie listów do Ryszarda Weisbrodta z prośbami o niekandydowanie uważam za mało przyzwoite. W dobie demokratycznych rozwiązań właściwym działaniem jest przekonanie do swojej osoby i programu. W pewien sposób z uprawiania sportu wynika, że sportową areną będą wybory. Kto zgromadzi większość, ten wygra. Tutaj jest pole do sportowej rozgrywki o fotel prezesa. Gdy ktoś jest dobry i skuteczny oraz ma pomysły, otwartą głowę, staje przed wyborcami. Wygrywa albo nie. To tak jakby przeciwnika nie zwyciężyć przy pingpongowym stole tylko prosić go, żeby do tego stołu nie podchodził. Szlachetna epistolografia niech służy do złożenia gratulacji.
Niestety, prospołeczne postawy nie są naszą domeną. Mając w swoim życiu epizod za oceanem, mogłam zobaczyć zaangażowanie w dużą ilość spraw codziennych i niecodziennych od namawiania do uczestnictwa we mszy w kościele do wyborów na szefa policji. Na razie dla nas nawet trudno wyobrażalne jest takie podejście. Wyrażam szczerą nadzieję, że to się zmieni.
Wszystkim sympatykom tenisa stołowego życzę, żeby wybory okazały się przełomem i nasza dyscyplina mogła pochwalić się zawodnikami na światowym poziomie.
ambitna
(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)
Chociaż w założeniu anonimowej autorki (autora?) miał to być tekst stronniczy, nie zwalnia to jednak autorki (autora?) z obowiązku odpowiedzialności za słowo pisane.
I nie chodzi tu o subiektywne oceny i opinie, a jedynie o zgodność z przytaczanymi faktami.
Bardzo alergicznie reaguję na słowo „donosiciel” i „donos”. Ma ono w języku polskim bardzo negatywne zabarwienie i znaczy:
Donos, enuncjacja – poufne lub tajne (anonim) pismo oskarżające daną osobę lub instytucję, skierowane do osoby lub instytucji dysponującej sankcjami wobec oskarżanego w nim.
Nigdy w swojej działalności nie stosowałem donosów, a wszelką korespondencję zawsze podpisuję swoim imieniem, nazwiskiem, adresem i numerem telefonu.
W związku z powyższym proszę autorkę (autora?) tekstu o sprostowanie polegające na zmianie określeń „donosiciel”, „donos”.
W przeciwnym razie podejmę kroki prawne w celu obrony mojego dobrego imienia.
Nie zgadzam się z oceną, że ponoszę odpowiedzialność za stan polskiego tenisa stołowego. Ostatni raz miałem zaszczyt mieć tą odpowiedzialności prawie 20 lat temu!
Nie zgadzam się również z oceną, że nie ma szans na poprawę!
Z wyrazami szacunku
Marek Przybyłowicz