Przed nami WZD PZTS, nastał rok 2009, i roi się od różnych podsumowań roku 2008, czy też upływającej kadencji władz PZTS. Kadencja obecnych władz PZTS upływa w otoczeniu wielu skandali, z których jak donoszą liczne publikatory internetowe niektóre ocierają się o znamiona przestępstwa.
Nie mnie oceniać czy doszło do przestępstwa, czy nie, od tego jest prokuratura, i jeżeli ktoś wie o jakimś popełnionym przestępstwie to ma obowiązek zgłosić to do odpowiednich organów, szczególnie, gdy jest to przestępstwo typu urzędniczego.
Jednakże trzeba zwrócić uwagę na to, że obecni włodarze polskiego tenisa stołowego zmarnowali całą swoją kadencję na nic nieznaczących ruchach, które na zewnątrz sugerowały dynamikę działań, a faktycznie to było, pozoranctwo. Nie dokonali istotnych modernizacji posiadanego majątku trwałego, czym istotnie przyczynili się do jego degradacji, czy też patrząc z punktu wychowawczego, doprowadzili do dwuznacznych postaw, tak działaczy, trenerów, jak i też młodocianych zawodników. Nie potrafili wykorzystać medialnie pozytywnych bohaterów sportowych dla wzmocnienia wizerunku dyscypliny, jak też w okresie boomu gospodarczego nie potrafili wykorzystać na pozyskanie tytularnego sponsora finansowego dla polskiego tenisa stołowego. To tylko hasłowe zaznaczenie podstawowych dla mnie problemów, które z mojego oglądu przysparzają polskiemu pingpongowi kłopotów.
Ktoś może stwierdzić, że się mylę, ale myślę, że miałby wielkie problemy by zaprzeczyć, że jest inaczej, choć patrząc na wybranych delegatów na WZD może być jednak odwrotnie.
PZTS chwali się, że pozyskał, co roczną organizację WARSAW PRO-TOUR, czy też organizację Mistrzostw Europy, ale ten rok pokazał, że z przyczyn finansowych impreza może się nie udać, i jeżeli popatrzymy jak zmarnowano okres prosperity, to trudno sobie wyobrazić, że ci sami działacze pozyskają środki na te imprezy sportowe.
Nie jest tajemnicą, że pomiędzy mną i PZTS istnieją istotne różnice w pojmowaniu niektórych spraw, to rzecz normalna, nie normalną jest to, że działacze centrali nie reagują, chowając głowę w piasek by nie zderzyć się z problemem. Jeżeli uważają, że uciekną przed problemem to się grubo mylą, bo mogą na dniach się z nim zderzyć.
Prawie rok temu zadałem w formie pisemnej zapytanie, co zrobi PZTS, gdy w jednym okręgu powstaną dwa równoprawne związki, a szczególnie dotyczy to takich sprawach, jak rozgrywki regionalne, indywidualne, i drużynowe, czy też zasady przedstawicielstwa na WZD PZTS. Działacze PZTS, jak udzielni „baronowie” uważają, że obecna struktura organizacyjna polskiego tenisa stołowego, jest constans i nie może ulec żadnym zmianą strukturalnym bez ich zgody, i być może na podstawie takiej bazy uważają, że są nieśmiertelni, i do końca świata będą tworzyć władze centralne PZTS, a w ten sposób rządzić polskim tenisem stołowym, pozostając poza kontrolą kogokolwiek. I tu może spotkać ich niespodzianka, niedawno uczestniczyłem w spotkaniu grupy inicjującej powstanie nowego związku okręgowego, który może wywołać istotną burzę w polskim światku pingpongowym, i być może będzie zaczynem istotnych zmian organizacyjnych. Projekt, który widziałem, ma ręce i nogi, jest zgodny z polskim prawem, ba nawet zgodny ze statutem PZTS. Inicjatorzy tego pomysłu tak go zorganizowali, że nijak nie można sekować ich za tą inicjatywę, czyli będzie ciekawe, i jeżeli zdążą się zarejestrować w sądzie, to być może przybędzie nowy delegat na zjazd.
Czy oznacza to, że nikt nie może myśleć, że jest wieczny i na wieczne czasy.
Dziwię się polskim zawodnikom, że są tak bierni, gdy ich działacze, którzy już dawno zapomnieli jak się trzyma rakietkę przy stole, dyrygują nimi jak chcą, i decydują, kto może grać, a kto nie, który klub jest dobry, a który jest be.
Parę miesięcy temu zwróciłem władzą PZTS uwagę, że regulamin nadawania licencji klubowych spowodował powstanie całkowicie nowej sytuacji prawnej zawodników polskich grających zagranicą, i w tej sprawie zwróciłem się też z pismem do Ministra Sportu i Turystyki, i Ministerstwo i PZTS nie raczyły odpowiedzieć na moje uwagi. No cóż, znana metoda, jednakże moje osobiste Ja, zaowocowało pozwem do NSA przeciw PZTS o nadanie niezgodnie z prawem licencji sportowych polskim zawodnikom grającym w klubach zagranicznych i będących tam zarejestrowanych jako zawodnicy. Być może sprawa skończy się skandalem, gdy okaże się, że niektórzy zawodnicy występujący na OTK czy IMP grają lub grali na nich bezprawnie, a przecież wystarczyło troszkę wyobraźni by ustrzec się przed takimi problemami, zresztą PZTS tworzy tak zwane prawo zwyczajowe, by pod szyldem takiej ładnej nazwy dokonywać absurdalnych wykładni prawnych (regulaminowych), które sankcjonują ich decyzje.
Nowym problemem, być może będzie sprawa opłat transferowych i za wyszkolenie, gdyż według niektórych prawników, PZTS bezprawnie pobiera i zarazem wyraża zgodę na pobieranie opłat transferowych, gdyż w efekcie sprawy Jean Marc Bosmana orzeczonej przez ETS 15 grudnia 1995, pobieranie opłat transferowych lub za wyszkolenie po zakończeniu kontraktu jest niezgodne z prawem UE. Problem polega na tym, że w Polsce nie ma czystego okienka transferowego, w którym zawodnik mógłby swobodnie dysponować swoją osobą, gdyż sezon kończy się 30 czerwca i rozpoczyna 1 lipca, co oznacza, że nie ma wygaśnięcia licencji okresowej, i swobodnego dysponowania przez zawodnika gotowością do grania. Ktoś mógłby stwierdzić, ze jest okienko transferowe, od 1 czerwca do 1 lipca i w tym okresie dokonuje się zmian barw klubowych, ale cały haczyk polega na tym, że zmiany tych barw dokonuje się praktycznie nie kończąc kontraktu z poprzedniego sezonu, co stwarza podstawy do pobierania opłat transferowych i opłat za wyszkolenie. Czy to jest zgodne z tym orzeczeniem ETS?
Innym istotnym problemem sprzecznym także niezgodnym z wspomnianym już orzeczeniem ETS, jest ograniczenie prawa zawodnika do przejścia do innego klubu w trakcie sezonu, PZTS bagatelizuje sprawę, ale ci zawodnicy, lub działacze klubowi, będący zdeterminowani postawą swych zawodników, mogą na podstawie tego orzeczenia wymóc określone zachowanie władz polskiego tenisa stołowego.
O innych sprawach następnym razem.
Krzysztof PIWOWARSKI
agamar.pl/ts