Doczekaliśmy się już kilka niespodzianek podczas mistrzostw świata w tenisie stołowym, które odbywają się w japońskiej Jokohamie. Wczoraj z zawodów odpadli jeden z najlepszych Europejczyków, Bialorusin Vladimir Samsonov i mistrz olimpijski z Aten, Koreańczyk Ryu Seung Min. Jednak największą niespodziankę jak do tej pory sprawiła mistrzyni Czech, Renáta Štrbíková.
Czeszka najpierw, w drugiej rundzie, pokonała 9. na świecie, Singapurkę Wang Yue Gu, by w meczu, którego stawką była najlepsza szesnastka na świecie, wygrać z 24. na świecie, Białorusinką Viktorią Pavlovich.
W kolejnym spotkaniu, tym razem o ćwierćfinał MŚ, Štrbíková zmierzy się ze swoją rodaczką, Ivetą Vacenovską. Jedno jest pewne. Czesi bez inwestowania w zawodników z Azji, mają znacznie lepsze wyniki od naszych reprezentantów i aż dwie zawodniczki w najlepszej szesnastce IMŚ. Co ciekawe, nawet troje Słowaków (Thomas Keinath, Erik Illáš, Evy Ódorova) potrafiło awansować do 1/16 finału. Na tym etapie turnieju Polaków niestety już nie ma.
Może kiedyś też się doczekamy takich wyników naszych reprezentantów.
Ta sytuacja pokazuje, że coś w Polsce kuleje. Jest jakiś problem i należy go szybko rozwiązać.
Warto również zwrócić uwagę, że inne reprezentacje na mistrzostwa świata zabrały nawet 13-latki. U nas najmłodsza jest Natalia Partyka, która ma już prawie 20 lat…